Trwa proces beatyfikacyjny Sługi Bożego Fra Andrew Bartiego Zakup książki:
Joannici i ich związki z ziemiami polskimi Zachęcamy do wspólnej modlitwy Liturgią Godzin. Święci i błogosławieni Zakonu Maltańskiego
strona główna »  Duchowość » Rozważania
Polecamy

MALTAŃSKI KALENDARZ LITURGICZNY

05.10.2017
Wspomnienie bł. Piotra Pattarini z Imola
– przeora Zakonu Maltańskiego

07.10.2017
Święto Matki Bożej Różańcowej, rocznica bitwy pod Lepanto

08.10.2017
wspomnienie Św. Hugona z Genui – zakonnika maltańskiego

13.10.2017
wspomnienie bł. Gerarda
- założyciela Zakonu Maltańskiego

+++

MODLITWA WSTAWIENNICZA ZA SUWERENNY ZAKON MALTAŃSKI

+++

Sługa Boży Fra' Andrew Bartie
Wielki Mistrz Zakonu Maltańskiego
1988 - 2008

+++


 

Subskrypcja biuletynu
Od Prezydenta i Kapelanów
Blog konfratra z Paryża
TV Zakonu

Zakon Maltański w Polsce

Konwent ZPKM, 1992 





Maltański Koncert Charytatywny w Olsztynie - 2016


Centrum Leczenia Hipotermii Głębokiej: Akcja ratunkowa Babia Góra


BLIŻEJ BOGA: Zakon Maltański w Gliwicach


Opłatek Maltański 2014 Kraków (english)

XI Wieczór Maltański 2014 Kraków

więcej filmów >>>

Rozważania A+A-A0

 

Popiół czy diament?

Decyzję o podróży na Maltę podjąłem spontanicznie. Chwilę zajęło znalezienie połączenia i hotelu. Zwiedzając, starałem się skupić na miejscach związanych z historią Zakonu. Przekonany, że zobaczyłem już całkiem sporo, szykowałem sie do wylotu. Nader niespodziewanie odezwał się do mnie Michael, który zaproponował ostatni spacer po uliczkach Valetty. Wystarczył jeden telefon, by otwarły się przed nami podwoje klasztoru św. Urszuli, w którym przechowywana jest relikwia czaszki bł. Gerarda.

Sam klasztor został ufundowany przez Wielkiego Mistrza de Loubenx Verdalle w roku 1595. Kiedy Zakon został zmuszony do opuszczenia Malty w 1978 roku, klauzurowa wspólnota sióstr pozostała na wyspie, przechodząc wkrótce pod jurysdykcję diecezji (obecnie archidiecezji) maltańskiej. Chociaż nie przynależy już formalnie do Zakonu zachowuje nadal silny, oparty na historycznych fundamentach związek z Wielkim Mistrzem oraz Kawalerami i Damami Zakonu. Po dziś dzień siostry noszą na habitach biały, emaliowany krzyż maltański, zaś podczas składania ślubów wieczystych, noszą haftowaną stułę profesyjną właściwą kawalerom sprawiedliwości. Od 1803 roku przechowują relikwię czaszki bł. Gerarda[1].

Tak szczególna dla zakonu relikwia czaszki Założyciela, pierwotnie była przechowywana w kaplicy Pałacu Magistralnego. Następnie przeniesiono ją do kościoła konwentualnego św. Jana, skąd trafiła w ręce sióstr, które ulokowały ją w bocznym ołtarzu swojego chóru.

Dokumenty przechowywane w małym, cynkowym pudełku złożonym na poduszce, na której spoczywa relikwia czaszki stwierdzają, iż trafiła ona na Maltę z Manosque we Francji na polecenie Wielkiego Mistrza Emmanuela Pinto w 1749 roku.  Kiedy Zakon opuścił Maltę, przechowywana była w skarbcu relikwii konkatedry św. Jana. Siostry poprosiły wikariusza kapitulnego Mons. Francesco Saverio Caruana, późniejszego biskupa, by powierzoną ją ich pieczy. Ich prośba została przyjęta. Kapituła udzieliła Mons. Salvatore Susano i Mons. Salvatore Lanzon’owi prerogatyw do przeniesienia relikwii do klasztoru św. Urszuli. Mons. Lanzon wykonał zadanie o godz. 9.00 19 czerwca 1803 roku. Czaszka została przebadana. Kiedy stwierdzono zgodność jej stanu faktycznego z załączonym rękopisem, relikwiarz zamknięto i opieczętowano.

Spisane w języku francuskim dokumenty odnoszą się do każdorazowego otwarcia relikwiarza, którego dokonywano celem pobrania kolejnych relikwii w latach, kiedy czaszka znajdowała się we Francji. Miało to miejsce w latach 1656, 1669, 1681 i 1782. Na Maltę relikwia dotarła w roku 1749. Z kolei dokumenty datowane na roku 1830 wskazują, kiedy trafiła do klasztoru. 21 grudnia 2001 roku po uzyskaniu zgody arcybiskupa Josepha Mercieca’i dokonano otwarcia relikwiarza, aby relikwię umieścić w srebrnej czaszce, którą ufundował prof. dr Guglielmo de’ Giovanni Centelles, książę Precacore wraz z małżonką księżną Carlą.  Relikwiarz ten został wykonany w Rzymie przez jubilera Gerardo Sacco z Crotone. Przy okazji pobrano również fragmenty czaszki. Przekazano je do Domu Generalnego franciszkanów w Rzymie celem złożenia ich w teche (włos. szkatułka). 13 lipca 2002 roku działając w imieniu arcybiskupa kanclerz Kurii Mons. Carmelo Zammit zapieczętował relikwię w nowym, srebrnym relikwiarzu. Obecnie relikwia czaszki bł. Gerarda spoczywa na prawo od głównego ołtarza[2].  

Mam nadzieję, że Czcigodny nasz Założyciel, jak i P.T. Czytelnicy nie będą mi mieli za złe, że wspomnienie Patrona czczę tekstem, który nadaje się do bardziej do bedekera niż do modlitewnika. Mam jednak świadomość, że gdyby nie światła myśl, która zakiełkowała przed wiekami w tej czaszce, nie byłoby dziś Zakonu, nie byłoby nas. Warto również wpatrując się w nią pomyśleć, co (jaka „relikwia”) tak materialnie, jak i w pamięci potomnych zostanie po nas, spadkobiercach i – daj Boże – naśladowcach bł. Gerarda.

ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.orderofmalta-malta.org.mt/stursula/stursula_menu2vrtfrms.htm

 



[1] https://www.orderofmalta.int/2002/10/11/monastery-st-ursula-malta tłum. MP

[2] http://www.orderofmalta-malta.org.mt/stursula/stursula_menu2vrtfrms.htm tłum. MP

2017-10-08 – Mt 21,33-43 – O winnicy w dzierżawę oddanej

Słowo ciałem się stało. Bóg stał się człowiekiem. Przyszedł na świat w konkretnych okolicznościach miejsca i czasu. Był tych okoliczności bacznym i wnikliwym obserwatorem jak i komentatorem. Niejednokrotnie w swoim nauczaniu odwoływał się do zdarzeń, których był świadkiem. Kreślił obrazy zaczerpnięte z codzienności rybaków, pasterzy, rolników.

Właściciele galilejskich winnic często pochodzili spoza Palestyny, dlatego zostawiali winnice pod opieką dzierżawców, spodziewając się należnych sobie plonów. Przypowieść Jezusa ma bardzo czytelne przesłanie jeśli uwzględnimy znane ze Starego Testamentu analogie: właściciel winnicy – Bóg oraz winnica – naród wybrany. Bóg decyduje się poświęcić nawet życie swojego Syna, aby uratować winnicę – swój lud. Nie zrażał się oporem Izraela, lecz cierpliwie wysyłał do niego proroków. W końcu posłał także swojego syna, który jednak nie został przyjęty. Bóg odda więc swoje królestwo nowemu ludowi Bożemu, który będzie się wywiązywał z obowiązku przynoszenia duchowego plonu. Chrześcijanie odkrywając w przypowieści podstawy swojej wiary w Jezusa oraz odpowiedzialności za Kościół. Istotnym zadaniem, wszystkich chrześcijan jest nieustanne wydawanie duchowych owoców w postaci dobrych czynów, umacnianie sprawiedliwości opartej na Bożych przykazaniach, kształtowanie rzeczywistości według zasady miłości Boga i bliźniego.

Tyle biblijna klasyka, która pozwoliłem sobie zaczerpnąć z Pisma świętego przetłumaczonego i wydanego przez paulistów. Przypowieść o winnicy aż prosi się, żeby spojrzeć na nią jeszcze pod nieco innym kątem. Kluczowymi – moim zdaniem postaciami – są dziś dzierżawcy.

Kodeks Cywilny stanowi, że dzierżycielem jest ten, kto rzeczą faktycznie włada za kogo innego (art. 338). Nic bowiem nie przynieśliśmy na ten świat; nic też nie możemy [z niego] wynieść (1 Tm 6,7). Nadzy wyszliśmy z łona matki i nadzy tam wrócimy (Hi 1,20). Wszystko, co posiadamy, a raczej wydaje się nam, że posiadane jest dane nam przez Boga w dzierżawę. Naszą zaś rolą jest obracać tym zgodnie z zamysłem Posiadacza. Po pierwsze dane jest nam życie. Mamy je dobrze – nie marnując czasu i talentów – przeżyć. Po wtóre dane są nam dzieci. Rolą naszą jest dobrze je wychować, aby osiągnąwszy dorosłość swoją osobowością zasiliły nowe rodziny, które same założą lub wspólnoty, do których wstąpią. Po trzecie powierzono nam dobra materialne, których trzeba nam kierując się roztropnością używać dla zaspokojenia własnych potrzeb nie zapominając przy tym o potrzebach bliźnich. Posłanym zaś do nadzorowania, czy aby na pewno realizujemy wolę posiadacza kontrolerem jest właściwie ukształtowane sumienie.

Była klasyka. Była dygresja. Czas na pointę. Nie odkryję Ameryki stwierdzając, że działalność gospodarcza –wiążę się z ryzykiem. W przypadku dzierżawienia ponoszą je obie strony, szczególnie zaś obciążony jest ten, który swoje dobra oddaje w dzierżawę, o czym dobitnie przypomina dziś ewangelia. W przypadku niepowodzenia może ratować się w przewidziany przez prawo sposób. W biznesie, któremu na imię życie oraz w jego pochodnych miejsca na plan B nie ma. Warto o tym pamiętać.

 

tekst: ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.eurasia.net

 

 

2017-09-10 – Mt 18,15-20 – O dowodzie

Powiadają, że przyzwyczajenie jest drugą naturą człowieka. I sporo w tym racji. Raz po raz łapię się na tym, że na wiele spraw patrzę przez pryzmat doświadczenia zdobytego podczas pracy w Sądzie. Odnosi się to również do ewangelii.

Kodeks Prawa Kanonicznego stanowi, że obowiązek dowodzenia spoczywa na tym, który coś twierdzi (kan. 1526). W potocznym rozumieniu dowód oznacza okoliczność lub rzecz, która przemawia za czymś lub coś uzasadnia.

Wydaje mi się, iż upomnienie braterskie, o którym słyszymy dziś w liturgii Słowa również może być rozumiane jako dowód. Po pierwsze jako dowód tego, że poważnie traktujemy Boże przesłanie, że uznajemy je za prawdę, że dajmy mu wiarę. Dając zaś wiarę słowu, dajemy również wiarę temu, od kogo ono pochodzi. Po wtóre upomnienie jest dowodem na to, że potrafimy odróżnić dobro od zła i gdy zajdzie konieczność, nazwać jedno i drugie po imieniu, pamiętając przy tym, iż zło należy potępić, zaś jego sprawcę napomnieć i sprowadzić na właściwą drogę. Po trzecie postępując wedle ewangelicznego wskazania – upominając z zachowaniem stopniowania, a więc w cztery oczy, wobec świadków, na forum Kościoła dowodzi, iż przestrzegamy prawa i wynikającego zeń porządku. Po czwarte wreszcie upomnienie braterskie jest dowodem miłości bliźniego. Czytelnym sygnałem, że zależny nam na jego dobru. Nie tylko tym doczesnym, ale i wiecznym, czyli na zbawieniu.

Przyjęte upomnienie prowadzi do nawrócenia to zaś do przywrócenie porządku. Odbudowuje zaburzoną przez zło międzyludzką wspólnotę dwóch lub trzech zgromadzonych w imię Jezusa. Warto również pamiętać, iż nikt nie może być sędzią w swojej własnej sprawie. Naszą postawę wobec upomnienia braterskiego i tego udzielonego, i tego przyjętego oceni kiedyś Pan Bóg.

tekst i zdjęcie:

ks. Michał Palowski

 

2017-07-16 – Mt 13,1-23 – O zupie mlecznej

Skąd się bierze mleko? Ze sklepu z owadem lub płazem w logo. Brzmi absurdalnie, ale niestety prawdziwie. Najmłodsi coraz częściej podstawowe prawa rządzące światem znają z kart podręczników (wariant optymistyczny) lub z ekranów multimediów (wariant pesymistyczny, a może po prostu prawdziwy). Aż chciałoby się zawołać, parafrazując ewangelistę: »Szczęśliwi ci, którym dane jest obcować z przyrodą, którzy wiedzą, iż mleko pochodzi od krowy«.

Jezus w swoim nauczaniu wielokrotnie odwoływał się do codzienności swoich słuchaczy – rolników, pasterzy, rybaków. Posiłkując się obrazami z dobrze znanej im rzeczywistości chciał jak najlepiej przedstawić prawdę o Królestwie. Jeśli obraz nie wystarczał, tłumaczył i wyjaśniał. Dla nas głoszących Słowo to wskazówka, aby o Bogu mówić ludzkim, zrozumiałym językiem. Dla słuchaczy zaś (a więc i dla głoszących, którzy winni być pierwszymi słuchaczami) to przypomnienie, że Boga pojmujemy przez pryzmat bardzo osobistych doświadczeń. Owa różnorodność w konsekwencji czyni Kościół pięknym i bogatym.

Żywe bowiem jest słowo Boże, skuteczne i ostrzejsze niż wszelki miecz obosieczny, przenikające aż do rozdzielenia duszy i ducha, stawów i szpiku, zdolne osądzić pragnienia i myśli serca przypomina autor Listu do Hebrajczyków (Hbr 4,12). Choć uszy nasze słyszą dziś szumiące na kartach lekcjonarza łany, a oczy wyobraźni widzą zboże w różnych fazach rozwoju serce i rozum posłuszne wskazaniom Jezusa podpowiadają, że nie o uprawę zbóż tu chodzi. Przesłaniem płynącym dziś z biblijnych czytań jest szczególna relacja między Bogiem i Jego Słowem a człowiekiem, do którego jest ono kierowane.

Wspomnieliśmy już, że Boże Słowo odbieramy przez pryzmat bardzo osobistych doświadczeń. Warto dodać, iż równie ważne dla skuteczności Jego działania w naszym życiu są okoliczności czasu i miejsca, w których Ono do nas trafia – droga, na której żeruje ptactwo; grunt skalisty, gdzie mocno operuje słońce; ciernie, które zagłuszają; ziemia żyzna, gdzie plon jest obfity. Dlatego nie można się obrażać na Pana Boga, że Jego Słowo jest pozbawione mocy. Obrazić – i tu duży cudzysłów – można się na siebie, iż nie dopełniliśmy swoich powinności, że pozwoliliśmy Złemu porwać to, co zostało zasiane w sercu; że załamaliśmy się, gdy przyszły ucisk czy prześladowanie; że troski doczesne i ułuda bogactwa zagłuszyły słowo, tak że stało się bezowocne. Ale to nie wszystko. Warto mieć świadomość płynącej z bycia człowiekiem przyziemności. Na naszą percepcję Bożego Słowa rzutują także pogoda (niż/wyż), stan zdrowia, zmęczenie, pora dnia. Niby nic, a jednak warto o tym pamiętać, by oszczędzić sobie niepotrzebnych nerwów.

Nasze dzisiejsze rozważanie zaczęliśmy od pytania, skąd się bierze mleko. Skończyliśmy na dywagacjach o zbożu, z którego powstają płatki. Płatki połączone (z) mlekiem stają się zdrowym śniadaniem. Wniosek wydaje się być oczywisty. Odpowiedzi na najważniejsze życiowe pytania należy szukać w Słowie. Smacznego!

 

tekst: ks. Michał Palowski

foto: www.tapetyczne.pl

 

 

 



2017-06-18 – Mt 9, 36 – 10, 8– O ludziach dobrej woli

Przywykliśmy do tego, aby scenę rozesłania apostołów odnosić do osób powołanych do służby w Kościele, w szczególności zaś do kapłanów. I istotnie tak jest. Powołanie, a następnie posłanie apostołów jest następstwem zachęty do modlitwy o tychże. Ale to nie wszystko. Jezusowy nakaz: Uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy. Darmo otrzymaliście, darmo dawajcie, jawi się jako ewangeliczna definicja wolontariatu. Krótko mówiąc: dobrze czyńcie, korzystając z tego, co otrzymaliście, nie oczekując przy tym niczego w zamian.

Wolontariat sam z siebie jest czymś dobrym. Wypływa ze szlachetnych pobudek. Służy dobru. Nie ma więc sensu wartościować, która z organizacji dobroczynnych jest lepsza. Potrzebujących pomocy jest wielu. Oni są i nadal będą. Obszarów i dziedzin zaangażowania wystarczy dla wszystkich chcących nieść pomoc. W kontekście treści dzisiejszych czytań mszalnych warto jednak spojrzeć na wolontariat jako na szczególną formę powołania, które z Boga bierze swój początek i ku Niemu ma prowadzić.

Skoro o wolontariacie mowa, warto w tym miejscu przypomnieć słowa Jana Pawła II z adhortacji Ecclesia in Europa: W tej perspektywie trzeba dowartościować autentyczny sens chrześcijańskiego wolontariatu, który rodząc się z wiary i będąc nią stałe ożywiany, musi stanowić połączenie umiejętności zawodowych i autentycznej miłości, pozwalającej wszystkim, którzy w nim uczestniczą, «aby postawę zwykłej filantropii wynosili na wyżyny miłości Chrystusa; aby każdego dnia, mimo trudów i zmęczenia, odnawiali w sobie świadomość godności każdego człowieka; aby starali się odkrywać potrzeby ludzi i wytyczać — jeśli to konieczne — nowe drogi tam, gdzie potrzeby są pilniejsze, zaś słabsi wymagają większej uwagi i pomocy (85).

Wniosek wydaje się być aż nadto czytelny – chrześcijański wolontariat ma swoje źródło w wierze, a zatem obsequium pauperum – »uzdrawiajcie chorych, wskrzeszajcie umarłych, oczyszczajcie trędowatych, wypędzajcie złe duchy oraz darmo otrzymaliście, darmo dawajcie« rodzi się z tuitio fidei – »proście Pana żniwa, żeby wyprawił robotników na swoje żniwo oraz idźcie i głoście: Bliskie już jest królestwo niebieskie«.

Zatem pierwszym obszarem zaangażowania wolontariusza, w szczególności tego działającego pod znakiem krzyża maltańskiego winna być przestrzeń relacji z Bogiem, której granice wyznaczają Słowo Boże, codzienna modlitwa i sakramenty – eucharystia co niedzielę i spowiedź co miesiąc. Dobrze wiedzieli o tym nasi przodkowie, którzy tworząc Regułę zdecydowali, by oprzeć ją na benedyktyńskiej – ora et labora, gdzie modlitwa uświęca pracę i gdzie praca jest modlitwą. Inaczej nie ma sensu poświęcać się pracy i oddawać się u jej kresu zabawie, jeśli braknie fundamentu maltańskiej triady, czyli Boga.

tekst ks. Michał Palowski

zdjęcie: Elżbieta Świerad

 

2017-05-28 – Mt 28,16-20 – Na Wniebowstąpienie

 

Pan Jezus wstąpił do nieba. Bóg po raz kolejny dotrzymał słowa. Wcześniej tak, jak obiecał stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał. Na daremno spodziewać się w tym miejscu napisów końcowych. Po pierwsze dlatego, że Bóg jeszcze raz musi dotrzymać słowa. Wszak obiecał, że ponownie przyjdzie. Po wtóre zaś, dlatego że i my mamy w tej historii swój udział. Ale po kolei.

Za terminem wniebowstąpienie kryje się cel, czyli niebo oraz działanie mające doń doprowadzić, czyli wstępowanie.

Twoja mowa Cię zdradza (Mt 26,73). Czasami czuję się jak św. Piotr. Kiedy wychodzi na jaw, że pracuję w Sądzie, często pojawiają się pytania dotyczące procesów o nieważność małżeństwa. Nie ukrywam, że miłym zaskoczeniem było pytanie, które usłyszałem ostatnio. Chodziło o kota. O to, czy będzie w niebie.

Niebo to – podaję za księdzem Wincentym Granatem – to szczęśliwy, wiekuisty i społeczny udział istot rozumnych, a więc aniołów i ludzi w wewnętrznym życiu trzech Osób Bożych. Kot, choć stworzenie Boże, sam z siebie do nieba nie trafi. Jeśli natomiast od kociej obecności ma zależeć wieczne szczęście jego pani, to niewykluczone, że i o kota Pan Bóg się postara.

Pismo Święte nieba wprost nie definiuje. Nie zamyka w sztywne ramy. Kiedy o nim mówi, odwołuje się do nader przyjemnych dla oka i ucha obrazów – uczty, procesji, śpiewu, światła, miasta świętego, wody życia. Te wszystkie wyobrażenia są jedynie pomocnicze i na ogół symboliczne. Do mnie najbardziej przemawia obraz, który ładnych parę lat temu stworzyli dwaj śląscy kapłani – dogmatyk pospołu z biblistą. Wedle ich ujęcia niebo będzie salonem, w którym zasiada się na wygodnych, wiklinowych fotelach, gdzie serwuje się aromatyczną kawę i słucha Dire Straits. Osobiście dorzuciłbym jeszcze dobrą książkę. Bo skoro ta pani może mieć kota, dlaczego ja nie miałbym mieć książek. Tyle w odniesieniu do nieba.

Słownik języka polskiego podpowiada, iż wstąpić opcjonalnie wstępować można do jakiejś społeczności czy organizacji, można wstąpić w szeregi uczniów szkoły, w nas mogą wstępować wszelakie uczucia, wstępując, dostać się można do wnętrza czegoś czy też wejść na krótko, wreszcie stawiając kroki, dostać się na miejsce wyżej położone. Szczególnie mocno w kontekście dzisiejszej uroczystości wydają się brzmieć dwa ostatnie znaczenia.

Wniebowstąpienie Jezusa przypomina, że tu, na ziemi, jesteśmy tylko przejściowo, tylko na chwilę, że naszym ostatecznym celem jest niebo z zastrzeżeniem – i tu kłania się drugie ze znaczeń – że chcemy wstąpić tam nie na chwilę, lecz na wieczność, na zawsze. Droga od nieba zaczyna się na ziemi. Zbawienia nie osiąga się przez prostą deklarację, ale przez wejście we wspólnotę uczniów, co oznacza osobiste i całkowite przylgnięcie do Chrystusa, o czym przypomina dziś święty Mateusz. W praktyce chodzi o to, by podobnie jak Jezus z Nazaretu – wszak i nas w chrzcie i bierzmowaniu Bóg namaścił Duchem Świętym i mocą – przejść przez ziemię dobrze czyniąc (por. Dz 10,38). Do tego sprowadza się nakaz: „Idźcie i głoście”. To nasz udział w tej historii, która się jeszcze dla nas nie skończyła.

Tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

 

2017-04-19 – Zmartwychwstanie

I rzekł Zasiadający na tronie: Oto czynię wszystko nowe (Ap 21,5). Jest Prawdą. Jak powiedział, tak zrobił. Owej nowości przez ostatnie dni doświadczaliśmy szczególnie intensywnie. Na początek, w Wielki Czwartek Jezus nakarmił nas nowym, innym od powszedniego chlebem. I dał nam nowe przykazanie abyśmy się wzajemnie miłowali tak, jak On nas umiłował (J 13,34). Mrok minionej nocy rozjaśnił blask nowego ognia, zaś nowa woda odrodziła katechumenów do nowego życia. My zaś staliśmy sie nowym ciastem, bo przecież przaśni jesteśmy (…) odprawiamy więc święto nasze, nie przy użyciu starego kwasu złości i przewrotności, lecz na przaśnym chlebie czystości i prawdy (1 Kor 5-7a-8). Nowy wreszcie, a raczej odnowiony jest również bezpośredni – wcześniejszy niż Maria Magdalena, Jan i Piotr – świadek zmartwychwstania Grób Pański w Jerozolimie. Prace, które trwały dziesięć miesięcy zjednoczyły trzy główne wyznania sprawujące pieczę nad świątynią wzniesioną nad grobem Pana Jezusa: Kościoły greckoprawosławny, ormiański i katolicki. W ramach remontu kaplica Grobu Pańskiego została rozebrana i następnie zrekonstruowana. Zabrudzone – zwłaszcza dymem palony świec – części zostały oczyszczone. Zniszczone – zastąpiono nowymi.

Właśnie tam, wokół pustego grobu gromadzą się bohaterowie dzisiejszej ewangelii: Maria Magdalena, uczeń, którego Jezus kochał, czyli Jan oraz Szymon Piotr. Widzą odsunięty kamień, pustą ławę w jego wnętrzu, leżące na niej płótna i chustę. Odnosząc te dowody do zapowiedzi proroków oraz słów samego Jezusa, każdy z nich tego poranka bardzo mocno, osobiście doświadcza prawy o zmartwychwstaniu. Wiarą, która się w nich rodzi wzajemnie się ubogacają. Wiara jednostki buduje wiarę wspólnoty. Wiara wspólnoty umacnia wiarę jednostki.

Nowość, której doświadczaliśmy w ciągu minionych dni, jak również zakończone dopiero co prace konserwatorskie w kaplicy Bożego Grobu przywodzą na myśl ideał nowego człowieka w Chrystusie, czyli dojrzałego chrześcijanina, a wraz z nim apostoła i piewcę jego piękna, pochodzącego ze Śląska, założyciela ruchu Światło-Życie, Sługę Bożego ks. Franciszka Blachnickiego, którego trzydziestolecie śmierci w tym roku przypada. Stary człowiek to człowiek oddzielony od Boga, żyjący w grzechu, niezdolny do wchodzenia w relacje, rozbity wewnętrznie, zamknięty w swych egoistycznych celach. Nowy człowiek jest świadomy swojej godności jako osoby, swoje życie podporządkowuje Bogu, czyni z siebie bezinteresowny dar, tzn. dzieli się swoim czasem, zdolnościami z innymi ludźmi. Wychowanie nowego człowieka polega na rozwijaniu i doskonaleniu w sobie miłości agape – czyli bezinteresownej miłości. W jego życiu zachodzi jedność pomiędzy prawdami uznawanymi za słuszne, a tymi, według których postępuje. To człowiek prawdziwie wolny. Wzorami nowego człowieka są Jezus i Maryja (www.oaza.pl).

Paschalna nowość jest nam jako ludziom pisana. Zapoczątkował ją chrzest. Umacnia w niej Eucharystia. Wielkanoc rok w rok wciąż od nowa – nomen omen – o tym nam przypomina. Odnawiając siebie, odnawiać mamy Kościół, a wraz z nim oblicze ziemi. Przechodząc przez nią – dobrze czynić innym, wszak centrum programu jest przykazanie miłości. Nowe przykazanie.

 tekst: ks. Michał Palowski

zdjęcie: www.jerusalem.com

 

 

2017-04-13 – Wielki Czwartek – Kiss and fly

Potrzeba matką wynalazków, dlatego najpierw na lotniskach, a z biegiem czasu na wszystkich innych dworcach pojawiły się stanowiska opatrzone hasłem: Kiss and fly (Pocałuj i leć) lub Kiss and ride (Pocałuj i jedź) dedykowane i tym, którzy nie lubią pożegnań i tym, którym się spieszy. Ot, szybki buziak i w drogę.

Biblijne znaczenie wyrazów pocałunek, całować można podzielić na trzy grupy. Pierwsza dotyczy uczuć romantycznych. W drugiej grupie – i ta jest najliczniejsza – pocałunek jest znakiem powitania (Józef całuje swych braci, Aaron – Mojżesza, miłosierny ojciec – marnotrawnego syna. Kilka nowotestamentowych listów kończy się poleceniem, by pozdrowić się wzajemnie świętym pocałunkiem lub pocałunkiem miłości. Pocałunek może też być częścią rytuału (namaszczenie Saula na króla przez Samuela, namaszczenie stóp Jezusa przez nawróconą jawnogrzesznicę). W grupie trzeciej pocałunek oznacza przewrotność i zdradę (Jakub całuje Izaaka świadomie popełniając przy tym oszustwo, a Joab całując Amosa, zabija go, Judasz zdradza Jezusa pocałunkiem). Z kart Biblii pocałunek trafił do liturgii. Dawniej, jako znak miłości i braterstwa poprzedzał przyjęcie komunii świętej, która wyraża jedność wierzących z Bogiem i miedzy sobą. Obecnie w zależności od miejsca zastąpiono go skinięciem głowy lub podaniem ręki. Zachował się natomiast jako sposób okazywania czci ołtarzowi. Po przybyciu do prezbiterium, jak i na zakończenie celebracji kapłan i diakon całują ołtarz, który stanowi symbol samego Chrystusa, składającego ofiarę swego Ciała i Krwi wraz z całym Kościołem. Przypomina o tym obrzęd konsekracji, kiedy na jego płycie i czterech rogach wylewa się konsekrowany w Wielki Czwartek (sic!) olej krzyżma, którym następnie namaszcza się całą powierzchnię. Wszak Chrystus – Mesjasz to przecież Namaszczony. Ojciec namaścił Go Duchem Świętym i ustanowił Najwyższym Kapłanem, aby na ołtarzu swego Ciała złożył w ofierze swoje życie za zbawienie wszystkich. Następnie na ołtarzu spala się kadzidło, aby ukazać, że Ofiara Chrystusa, która w tym misterium wciąż jest obecna, wznosi się do Boga jak miła woń. Ma to również wyrazić myśl, że modlitwy wiernych, pełne błagań i wdzięczności, docierają do tronu Boga. Nakrycie ołtarza wskazuje, że ołtarz chrześcijański jest miejscem Ofiary eucharystycznej oraz stołem Pańskim. Dokoła niego stoją kapłani i wierni, i przez tę samą czynność, choć spełniają różne funkcje, sprawują pamiątkę śmierci i zmartwychwstania Chrystusa oraz spożywają Wieczerzę Pańską. Dlatego ołtarz jako stół uczty ofiarnej odpowiednio się przygotowuje i uroczyście przyozdabia. Oznacza to wyraźnie, że ołtarz jest stołem Pana, do którego wszyscy wierni przychodzą z radością, by posilić się Bożym pokarmem, czyli Ciałem i Krwią ofiarowanego Chrystusa. Wreszcie oświetlenie ołtarza świecami przypomina, że Chrystus jest Światłem na oświecenie pogan, którego blaskiem jaśnieje Kościół, a dzięki niemu cała rodzina ludzka. Kamienna płyta ołtarzowa (mensa) wyobraża skałę Golgoty, na której ukrzyżowano Jezusa. Baldachim w formie daszku, jaki z czasem pojawił się nad nią – Grób Pański w Jerozolimie. Wreszcie w płycie ołtarza umieszcza się relikwie świętych, najczęściej męczenników, których ofiara życia łączy się z ofiarą Chrystusa.

Błogosławiony jesteś Boże, Ty przyjąłeś ofiarę, którą Chrystus złożył na ołtarzu krzyża, aby zbawić ludzkość. Ty z ojcowską miłością gromadzisz swój lud, przy stole Pańskim, aby sprawował pamiątkę tej ofiary. Wejrzyj więc Panie, na ten ołtarz przygotowany do sprawowania Twoich misteriów. Niech on będzie miejscem uwielbienia i dziękczynienia, ołtarzem, przy którym spełniać będziemy święte obrzędy ofiary Chrystusa, stołem, na którym będziemy łamali Chleb życia i pili z kielicha, który nas jednoczy, niech będzie źródłem, z którego tryska woda dająca zbawienie. Spraw, abyśmy przystępując do Chrystusa, który jest żywym kamieniem, wzrastali jako święty przybytek, a na ołtarzu naszych serc składali miłą Tobie ofiarę świętego życia, ku Twojej chwale.

Logika podpowiada, że odmawianą przez biskupa modlitwę poświęcenia ołtarza słyszymy we własnym kościele raz w życiu, jeśli mamy szczęście być przy nim obecni lub nie słyszymy jej wcale. Pozwoliłem sobie zacytować ją nie tylko po to, by przypomnieć, czym jest ołtarz i jaką spełnia rolę w liturgii, ale również podkreślić, iż wskazuje ona nam cel drogi, którą przemierzamy każdego dnia, święte życie ku Bożej chwale, aż do nieba. Kiss and fly (Pocałuj i leć) wieszczą tabliczki na lotniskach. Dzisiejsza liturgia jest okazją, by podziękować Bogu za to, że możemy wzlatywać ku wyżynom i że w tej drodze przyjmując z ołtarza Najświętsze Ciało i Krew Bożego Syna, otrzymujemy obfite błogosławieństwo i łaskę. Wdzięczność zaś można wyrazić na wiele sposobów. Dziś ucałowaniem ołtarza.

tekst: ks. Michał Palowski

ilustracja: www.motocaina.pl



2017-03-26 – J 9, 1. 6-9. 13-17.34-38– Laetare

Wszystko ma swój początek. Liturgia Słowa kieruje dziś nasze umysły i serca ku nim właśnie: Wziął więc Samuel róg z oliwą i namaścił go pośrodku jego braci. Idź, obmyj się w sadzawce Siloam – co się tłumaczy: Posłany. Obmycie (wodą) i namaszczenie (olejem krzyżma), symbolizują chrzest, który jest nie tylko przyczyną naszej tu obecności, ale i źródłem, z którego bierze swój początek nasza radość. I ta ponadczasowa: Pan mym pasterzem, dlatego nie brak mi niczego. Jak i ta bieżąca: Wszak to już czwarta niedziela Wielkiego Postu. Niedziela radości. Pascha coraz bliżej.

W tradycji rzymskiej jest to „niedziela róż”, ponieważ w tym dniu mieszkańcy Wiecznego Miasta obdarowywali się pierwszymi kwiatami zakwitających róż, zaś ojciec św. poświęcał złotą różę, którą ofiarowywał osobie zasłużonej dla Kościoła. Skoro o Rzymianach mowa. Łacińska sentencja powiada, że o gustach (i kolorach) dyskutować nie należy. I słusznie. Róże nie każdy lubi. W różowym nie wszystkim do twarzy. Do wszystkich natomiast i każdego z osobna adresowana jest radość, jak i jej szczególna forma – ewangelia, czyli dobra, radosna nowina.

Skoro o ewangelii mowa, w dzisiejszym janowym passusie aż roi się od odniesień do chrztu. Szczególnie mocno brzmią zdania: Idź, obmyj się w sadzawce (…) On więc odszedł, obmył się i wrócił, widząc. Polecenie: Idź przywodzi na myśl uwolnienie z więzów grzechu pierworodnego. Obmyj się w sadzawce – obmycie/oczyszczenie z tegoż. Wrócił, widząc wskazuje na oświecenie/na poznanie. Cudowne uzdrowienie niewidomego budzi zdziwienie naocznych świadków. W ich sercach rodzą się wątpliwości: Czyż to nie jest ten, który siedzi i żebrze? Tak, to jest ten. Nie, jest tylko do tamtego podobny. Uzdrowiony od wątpliwości jest wolny: To ja jestem. Nie inaczej jest w życiu. Ochrzczony, gdy nachodzą go wątpliwości może czuć się bezpiecznie pokładając swoją ufność w wierze w Syna Człowieczego, który przed nim stoi i do niego mówi.

Siloam – tłumaczy się: Posłany. Jezus został posłany, by nam, ludziom przynieść ewangelię, radosną, dobrą nowinę. Chrzest przypomina, że nie wolno nam zatrzymywać jej tylko dla siebie. Również i my jesteśmy posłani. Idźcie i głoście. Hasło, które jako następstwo jubileuszu Chrztu Polski, jak i konsekwencja naszego własnego chrztu, przyświeca Kościołowi w tym roku padało już w tym miejscu z wielu ust. I z pewnością jeszcze nie raz padnie. Jednak nie sztuką jest głosić, że oto przyjąwszy chrzest, należy iść i głosić ewangelię, czyli radosną nowinę, ale sztuka zrobić to naprawdę. Zrobić to naprawdę i z radością, do której wzywa nas dzisiejsza niedziela. Z radością płynącą, po pierwsze z przekonania, że Bóg nas kocha i chce naszego dobra, po wtóre zaś – z potrzeby autentyczności, świadectwa, że nowina, której daliśmy wiarę naprawdę jest dobra i radosna. No bo kto uwierzy smutnemu?

Tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski 

 

2016-11-13 – Łk 21,5-19 – O końcach świata

 

Nie tak dawno przyszło mi podwozić jednego ze znajomych, który mieszka w pewnej odległości od ścisłego centrum. Choć byłem u niego nie raz pro forma, zapytał, czy wiem, jak dojechać na to jego… Tu padło określenie lokalizacji i nie był to bynajmniej zapiecek ani zakątek. Powiedziałam, że wiem. I tak po chwili dotarliśmy na rzeczony koniec świata. Muszę przyznać, że miejsce istotnie jest bardzo urokliwe. Mnóstwo zieleni. Domów niewiele. Do cywilizacji nieznaczny, ale jednak kawałek. I tak po kantowsku: niebo gwiaździste nad nami i prawo moralne w nas. Ów idylliczny obrazek przyszedł mi na myśl, kiedy zobaczyłem dzisiejsze czytania mówiące o końcu świata właśnie. Może ów dzień nie będzie aż tak straszny, jak nam się wydaje? Może jednak będzie pięknie jak na owym geograficznym końcu świata, o którym wcześniej?

Co prawda odnośnie do końca świata wciąż więcej nie wiemy niż wiemy, ale owa wiedza mimo wszystko napawa optymizmem. Wszak eschatologia to nie tylko teologia śmierci i przemijania, to również teologia nadziei. A propos teologii. Wraz z końcem świata skończą się wszelkie akademickie dociekania. Nie będą już więcej potrzebne. Każdy z nas przekona się, jak jest naprawdę spotykając się z Jezusem twarzą w twarz. Ponadto wraz z końcem świata przestaną istnieć granice wyznaczone przez czas i miejsce. Skończy się doczesność, a zacznie się wieczność. Dzień zrówna się z nocą, a niebo z ziemią. Przestanie mieć również znaczenie nasza cielesność i przypisane jej ograniczenia, w tym nieznośna cierpiętliwość.

Co do Sądu warto również pamiętać, iż sądzić nas będzie Sędzia sprawiedliwy, który jak wierzymy za dobro wynagradza, a za zło karze. Sprawiedliwy, czyli taki, który nie ma nic wspólnego z odwetem czy ślepą zemstą, ale oddaje każdemu to, co mu się słusznie należy. Każdemu według zasług. Co do joty. W myśl pawłowej zasady, która stanowi, że co człowiek sieje, to i żąć będzie (Ga 6,5) oraz że kto sieje wiatr, zbiera burze.

Jedyne, co – na szczęście dla nas w tym przewidywalnie nieprzewidywalne – to Boże miłosierdzie, które jak wiadomo jest bez miary, co nie znaczy, że nie trzeba się starać. Z niczego nie ma przecież nic. Wiedział o tym doskonale św. Paweł i swoją wiedzą podzielił się z Tesaloniczanami, a dzięki nim i z nami. Zabieganie wedle Bożych reguł o chleb doczesny poprzez pracę własnych rąk przekłada się na profit w postaci chleba niebiańskiego. Wszak po to praca jest – jak pisał Norwid – by się zmartwychwstało.

 

 

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski


2016-11-01 – Mt,1-1-12a – Wokół świętości

Z pamięcią u mnie jeszcze nienajgorzej, niemniej wolałem się upewnić. Zasoby twardego dysku nie pozostawiają wątpliwości. W pierwszej parafii homilię na Wszystkich Świętych głosiłem co roku cztery lata z rzędu. W drugiej parafii temat mnie ominął. W nowobojszowskich realiach z zapisanymi przez Mateusza błogosławieństwami przychodzi mi się mierzyć po raz trzeci. Nie ukrywam, że pierwotnie korciło mnie – i to bardzo – aby przeanalizować dotychczasowe wystąpienia i zobaczyć ewolucję własnych poglądów odnośnie do świętości. Po namyśle stwierdziłem, że nie czas i miejsce na autoanamnezę. Poza tym są od tego inni. W zamian postanowiłem podzielić się kilkoma skojarzeniami, jakie zrodziły się w związku z siedmioletnim/siedmiokrotnym obcowaniem z wszystkimi świętymi i Wszystkimi Świętymi.

Pierwsze, co przychodzi na myśl to, że o świętości nie siedem, a siedemdziesiąt siedem razy. Świętość to spawa, o której nigdy za wiele, nigdy dosyć. To rzeczywistość, która wciąż od nowa prosi, by ją odkryć i próbować zrozumieć. Niewykluczone zatem, że rok, dwa lub trzy znowu przyjdzie nam wspólnie na tym fragmentem ewangelii się pochylić.

Po wtóre, to nie ubrana w gładkie słowa akademicka teoria, ale to proza życia pisana przez zwykłych ludzi, takich z krwi i kości, wśród których były i szlachetnie urodzone koronowane głowy płci obojga i przynajmniej jeden „zawodowy” żebrak. To historia pisana krwią, potem i łzami. Znaczona upadkami i podnoszeniem się z nich. Tocząca się gładkimi drogami i po wyboistych ścieżkach. Rejestr codziennych decyzji i wyborów, które w sytuacji ekstremalnej stały się heroicznymi.

Po trzecie, świętość nie jest czymś ekskluzywnym, zarezerwowanym jedynie dla wąskiego grona wybranych. Wręcz przeciwnie jest zadaniem/zaproszeniem adresowanym do wszystkich bez wyjątku.

Po czwarte, nie jest zjawiskiem zamkniętym w ścisłych granicach czasu i miejsca, co miało swój początek i koniec, ale czymś, co dzieje tu i teraz, również na naszych oczach. Każdy z nas potrafi podać – w zależności od daty urodzenia – kilku, a nawet kilkunastu świętych, z którymi mniej lub bardziej osobiście dane było mu się zetknąć.

Po piąte, choć o świętości nigdy za wiele, to jednak ważniejsze niż słowa jej poświęcone są czyny o niej świadczące. Ważniejsza jest świętość. Twoja. Moja. Nasza.

Po szóste wreszcie – last but not leastBądźcie świętymi, bo Ja jestem święty, Pan, Bóg wasz (Kpł 19,2).

 

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski 

2016-10-09 – Łk 17, 11-19 O cudzie słowo. O cudzie słowa.

Wiara czyni cuda, ale czy się uda. Uda się. Jeśli uwierzysz. Błędne koło? Niekoniecznie. Raczej układ sprzężenia zwrotnego, gdzie jedno staje się przyczyną drugiego. I odwrotnie.

Cud – odwołując się do biblistów – to specjalne działanie Boga podejmowane ze względu na dobro człowieka. Ma charakter niezwykłego zjawiska, przez które Bóg objawia siebie, swoją moc i miłość oraz daje ludziom konkretny znak. Cuda dokonywane przez Jezusa miały na celu potwierdzenie Jego jedności z Ojcem, uwierzytelniały Jego posłannictwo jako Chrystusa, symbolizowały tryumf nad szatanem oraz umacniały wiarę. Właściwy sens cudów i zawarte w nich objawienie można zrozumieć i odczytać tylko w świetle wiary. Cuda czynione przez Jezusa i Jego uczniów są wyraźnymi znakami potwierdzającymi nadejście królestwa Bożego.

Jezus czynił cuda, by poprzeć nimi prawdziwość swoich słów, by wzbudzić bądź umocnić wiarę swoich słuchaczy. Dziś cud jest następstwem wiary tego, który o cud prosi. Rzecz zatem można, iż przyczyną cudu jest słowo. Słowo ma moc czynić cuda, o czym wiedzą poeci. Wśród nich śląski mistrz Joseph von Eichendorff.

W rzeczach wszystkich pieśń uśpiona

Śni o śpiewie w ciszy snów.

Świat czarowną pieśń wykona,

Gdy go zbudzisz magią snów

Wiara rodzi się z tego, co się słyszy, tym zaś, co się słyszy, jest słowo Chrystusa (Rz 10,17). Jest odpowiedzią daną czynem na usłyszane Słowo. Reakcją na cud, który się dokonał. Jest poręką tych dóbr, których się spodziewamy, dowodem tych rzeczywistości, których nie widzimy. Dzięki niej to przodkowie otrzymali świadectwo. Przez wiarę poznajemy, że słowem Boga światy zostały tak stworzone, iż to, co widzimy, powstało nie z rzeczy widzialnych. Dla tego, kto wierzy wszystko jest możliwe (Mk 9,3) Nawet chodzenie po wodzie.

Cud choć jest zjawiskiem poznawalnym zmysłami – ze względu na swojego Autora – wykracza poza porządek natury. Przekracza jej granice. Podobnie ma się rzecz z wiarą. Nie imają jej się granice państw i polityki, wieku i płci, wykształcenia i stopnia zamożności. Dzisiejsza historia odnotowana przez świętego Łukasza przypomina, że również wdzięczność jest – czy też winna być – ponad podziałami. Powinna również być czymś naturalnym i powszechnym, a nie cudownym i zjawiskowym. Ale to już całkiem inna historia.

 

 

 

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski





2016-09-11 – Łk 15, 1-10 – O przebaczeniu

 

 

Dzisiejsza Liturgia Słowa nie pozostawia zbyt wielkiego wyboru. I autor Księgi Wyjścia, i św. Paweł w Pierwszym Liście do Tymoteusza, i św. Łukasz w swojej ewangelii – jakby się zmówili – sugerują, że rzecz ma być o przebaczeniu. O przebaczeniu, czyli o czym?

 

Przebaczenie – według Słownika Języka Polskiego PWN (wersja on-line) to rzeczownikowa forma czasownika przebaczyć — przebaczać, czyli darować komuś jakąś winę. Z kolei według Słownika wiedzy biblijnej znaczenie kilku hebrajskich greckich słów, tłumaczonych jako „przebaczenie” (przebaczyć) mieści się w dwóch ogólniejszych i zachodzących na siebie zakresach znaczeniowych. Pierwszy odnosi się do spraw finansowych, do anulowania zobowiązań płatniczych dłużnika wobec wierzyciela. Drugi ma o wiele częstsze zastosowanie i dotyczy przywrócenia stosunków między osobami, które zostały zerwane z powodu jakiegoś złego czynu. Oba zakresy znaczeniowe odnoszą się do łaskawego przebaczenia przez Boga karygodnych czynów, których dopuszczają się ludzie. Autorzy biblijni używają różnych metafor wyrażających przebaczenie grzechów, jak: obmycie, oczyszczenie, wymazanie, odwrócenie oblicza, albo jeszcze bardziej obrazowych „poza siebie rzuciłeś wszystkie moje grzechy” czy też „wrzuci w głębokości morskie wszystkie nasze grzechy”. Takie obrazowe sformułowania mają podkreślić pełnię przebaczenia Bożego, które ma być wzorem dla ludzi.

 

 

Nie tylko autorzy biblijni lubowali się w synonimach. Również polszczyzna nie ma się czego wstydzić w tej materii. W zasobach dostępnych w sieci słowników synonimów jako alternatywę dla przebaczyć/przebaczać znaleźć można: odpuścić, zapomnieć, rozgrzeszyć, puścić coś w niepamięć, puścić coś komuś płazem, zapomnieć urazy, przywrócić kogoś do łask. Intuicja zaś podpowiada, iż w przebaczaniu chodzi o to, by na zło, które miało miejsce nie baczyć, baczenia nie mieć.

 

 

Dzisiejsza Liturgia Słowa nie pozostawia zbyt wielkiego wyboru. I autor Księgi Wyjścia, i św. Paweł w Pierwszym Liście do Tymoteusza, i św. Łukasz w swojej ewangelii – jakby się zmówili – sugerują, że rzecz ma być o przebaczeniu. O przebaczeniu, czyli o tym by na zło, które miało miejsce nie baczyć, baczenia nie mieć. Czy aby na pewno?

 

 

Po części tak. Jednak warto mieć na względzie, że równie ważne, jeśli nie ważniejsze jak niebaczenie na zło, jest baczenie na dobro, które ma miejsce, gdy dochodzi do przebaczenia i którego jakże mocno doświadcza i ten, któremu się przebacza i które w równym, jeśli nie większym stopniu dotyka tego, który przebacza, który przebaczając pozornie traci, tracąc zaś zyskuje. Zyskuje i Boże błogosławieństwo (Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią – Mt 5,7), i ludzką wdzięczność

 

 

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

 



2016-07-24 – Łk 11, 1-13 – O modlitwie

Dzisiejsza liturgia Słowa nie pozostawia złudzeń. Rzecz ma być o modlitwie. I w tym właśnie miejscu kończy się wszelka oczywistość, a zaczynają schody. Niezwykle bowiem trudno zdefiniować rzeczywistość, której chcemy poświęcić chwil kilka i odrobinę uwagi. Trzymając się wytycznych z pierwszego czytania, z Księgi Rodzaju rodem rzecz by należało, że modlitwa to dialog człowieka z Bogiem, w którym człowiek przejmując inicjatywę, zdolny jest posunąć się do granic swoich przyrodzonych możliwości, by uzyskać to, na czym mu zależy. Idąc zaś tropem wytyczonym przez św. Łukasza na kartach jego ewangelii modlitwa odkrywamy, że jawi się jako formuła słowna, którą człowiek przejął od Boga i gdy brak mu własnych słów lub gdy te uważa za zbyt mało doskonałe nią się posiłkuje. Czasem robi to łagodnie i z wyczuciem. Czasem – nachalnie i z determinacją jak ów kołaczący w środku nocy do drzwi przyjaciel.

Uciekając się do wskazań Katechizmu Kościoła Katolickiego przypomnieć, że modlitwa po pierwsze jest darem Boga, zaś pokora jest dyspozycją do darmowego przyjęcia daru modlitwy. Po wtóre – przymierzem. Związkiem przymierza między Bogiem i człowiekiem w Chrystusie. Jest działaniem Boga i człowieka; wypływa z Ducha Świętego i z nas, jest skierowana całkowicie ku Ojcu, w zjednoczeniu z ludzką wolą Syna Bożego, który stał się człowiekiem. Po trzecie zaś – komunią. Żywym związkiem dzieci Bożych z ich nieskończenie dobrym Ojcem, z Jego Synem Jezusem Chrystusem i z Duchem Świętym. Życie modlitwy polega zatem na stałym trwaniu w obecności trzykroć świętego Boga i w komunii z Nim. Modlitwa jest o tyle chrześcijańska, o ile jest komunią z Chrystusem i rozszerza się w Kościele, który jest Jego Ciałem. 

Wracając pamięcią do lat studiów przyznać muszę, iż największy z pogromów jako rocznik odnotowaliśmy nie na egzaminach z prawa kanonicznego czy logiki, ale na zaliczeniu z teologii duchowości, którego przedmiotem była czwarta część Katechizmu dedykowana właśnie modlitwie. Jaki był zamysł autora drobiazgowych pytań pojęcia do dziś nie wiem. Wiem za to, że w życiu nie chodzi o to, by znać na pamięć definicje modlitwy czy też cytować złote myśli klasyków gatunku. Chodzi o to, by się modlić.

Piotr Szczepanik, a po nim Kasia Nosowska śpiewali, iż łatwo jest powiedzieć kochać. Równie łatwo powiedzieć, iż należy się modlić. Problem pojawia się, kiedy przychodzi przejść od słów do czynów. Rzecz ma się podobnie jak z definicją modlitwy. Ile modlących się tyle recept, na modlitwę. Każdy z nas ma swoje własne, sprawdzone modlitwy i przykładami sypać może jak z rękawa. Repertuar jest naprawdę szeroki. Długo by wymieniać. Nie czas i miejsce na to. Dość powtórzyć, że wystarczy się modlić. Nieważne, czy jest to formułka z książeczki do nabożeństwa rodem, czy kilka własnych słów, czy mistyczne zatopienie się w Bogu. Ważne jest tylko to, by było. I by było szczere. Bo modlitwa jest jak oddech. Starożytni mawiali, że póki oddychamy, póty mam nadzieję (dum spiramus speramus). Aż prosi się, by zakończyć parafrazą: póki modlimy się, póty oddychamy Bożym powietrzem, póki oddychamy, póty żyjmy.

 tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

2016-07-03 – Łk 10, 1-9 – O pokoju

Dawni proboszczowie mawiali, że dobra homilia powinna pachnieć gazetą i papierosem, czyli dotyczyć spraw codziennych. Jako że w gminie i parafii promujemy zdrowy styl życia, a na powodowane medialnymi doniesieniami nerwy szkoda czasu, uciekając się do owych dawnych wzorów rzec by należało, że dzisiejsza (okaże się, czy dobra) homilia winna pachnieć pokojem. Nim właśnie tchnąć. Zwłaszcza, że i wakacyjna pora ku temu skłania.

Redagujący najnowsze polskie tłumaczenie Biblii pauliści doliczyli się, że hebrajskie słowo szalom, które najczęściej tłumaczy się jako pokój, w Piśmie Świętym występuje ponad dwieście pięćdziesiąt razy i ma bardzo szerokie zastosowanie. Najogólniej oznacza ono pełnię, jedność, szczęście, pomyślność, zdrowie, a także spokój, wyciszenie. Pokój w ujęciu biblijnym nie jest pojęciem abstrakcyjnym, ale bardzo konkretnym obejmującym zarówno świecką, jak i religijną sferę ludzkiego życia. Do dziś słowo szalom przetrwało w kulturze żydowskiej jako pozdrowienie używane zarówno przy powitaniu, jak i pożegnaniu. Za świeckim użyciem słowa szalom stoją jednak głębokie racje teologiczne. W Piśmie Świętym pokojem nazywany jest Bóg i uważa się Go za twórcę i źródło pokoju, którego hojnie udziela ludziom.

Według autorów ksiąg Starego Testamentu pokój w relacjach międzyludzkich nie może istnieć bez Boga, ponieważ jest Jego darem. Nie ograniczają oni tej rzeczywistości do pojedynczych ludzi, ale mówią o pokoju między większymi społecznościami i całymi narodami. W Nowym Testamencie, greckim odpowiednikiem hebrajskiego szalom jest rzeczownik eirene, który zawiera ponadto pewne odcienie znaczeniowe obecne w literaturze greckiej. W kulturze helleńskiej pokój oznacza nie tylko przeciwieństwo wojny i niezgody, ale także niewzruszony wewnętrzny spokój wynikający z harmonii umysłu. Według autorów Nowego Testamentu Chrystus jest pokojem i źródłem pokoju dla wierzących, ponieważ przez swoją Mękę, Śmierć i Zmartwychwstanie wszystkich pojednał w swoim ciele z Bogiem. W tym ujęciu pokój dotyczy nie tylko relacji międzyludzkich, lecz przede wszystkim odnosi się do relacji człowieka z Bogiem i jest owocem zbawienia dokonanego w Chrystusie oraz Jego darem dla uczniów. Autorzy Nowego Testamentu, mówiąc o pokoju, widzą w nim owoc działania w wierzących Ducha Świętego oraz znamię obecności na ziemi królestwa Bożego i jego realizacji w Kościele.

Dzisiejsza (okaże się, czy dobra) homilia winna pachnieć pokojem. Nim właśnie tchnąć. Zwłaszcza, że i wakacyjna pora ku temu skłania. Problem okazuje się jednak próba opisania, jak pachnie pokój. Zachowując wierność zasadzie, że to czytania mszalne nadają ton homilii stwierdzić należy, że pachnieć powinna nie tylko mlekiem, nie tylko rzeką i strumieniem, nie tylko murawą, o których pisze Izajasz, ale również łukaszowymi żniwami, a jako, że najbliższa ciału koszula, owe biblijne zapachy zastąpić można ich współczesnymi, lokalnymi odpowiednikami, czyli tym, co każdy ma w ogródku lub w doniczce, zwłaszcza, iż nie to pachnie, co pachnie, ale co się komu podoba. Wszak o gustach – także w odniesie do zapachów – się nie dyskutuje.

Dopiero co rozpoczęte wakacje to doskonała sposobność, aby podróżując i wypoczywając poszukać w sobie i wokół siebie, a znalazłszy podarować go innym jako owych siedemdziesięciu dwóch, których w rytmie spokojnego serca posłał Jezus, a wraz z nimi i nas. Zysk z odnalezionego i przekazanego pokoju będzie podwójny – tak doczesny, jak i wieczny. Błogosławieni przecież są ci, którzy wprowadzają pokój, albowiem oni będą nazwani synami Bożymi (Mt 5,9). Zapowiedzią owego błogosławieństwa jest to, które przyjmiemy już niebawem na zakończenie eucharystii, a które w znaku krzyża zwiastuje dziś piszący do Galatów św. Paweł.

 

tekst i zdjęcie: ks. Michał Palowski

 

2016-01-08 – Łk 7, 11-17 – O echu

 

Natenczas Wojski chwycił na taśmie przypięty

Swój róg bawoli, długi, cętkowany, kręty

Jak wąż boa, oburącz do ust go przycisnął,

Wzdął policzki jak banię, w oczach krwią zabłysnął,

Zasunął wpół powieki, wciągnął w głąb pół brzucha

I do płuc wysłał z niego cały zapas ducha.

I zagrał:

Zagrawszy zaś

przerwał, lecz róg trzymał; wszystkim się zdawało,

Że Wojski wciąż gra jeszcze, a to echo grało.

 

Nie bez kozery zacytowałem na wstępie fragment Dyplomatyki i łowów z Pana Tadeusza rodem, ponieważ nie mogę oprzeć się wrażeniu, że dzisiejszy zestaw biblijnych czytań sprawia, iż mamy wrażenie, że przyszło nam mieć do czynienia z echem. Autor Pierwszej księgi królewskiej nawołuje. Łukasz w swojej ewangelii niejako powtarza to, co od poprzednika usłyszał.

A usłyszał historię wdowy, której przyszło pochować jedynego syna. Opowieść o pierworodnym, którego wskrzesił z martwych mąż wielkiej mocy. Jedna istotna różnica to postać głównego bohatera – cudotwórcy. Jej przyczyny „upatrywać” można w odległości, jaka dzieli starotestamentalną Sareptę koło Sydonu od nowotestamentalnego Nain lub na czas, jaki minął między powstaniem jednej i drugiej księgi. Skoro zaś o różnicy mowa, syna wdowy z Sarepty wskrzesił Eliasza, który był prorokiem. Synowi wdowy z Nain życie wrócił Jezus, którego uznano za wielkiego proroka. Pierwszy był głosem Boga. Jemu użyczył swoich ust. Jego przyjście objawiał. Drugi był tych słów wypełnieniem. Objawieniem, które ciałem się stało.

 

Rzymianie mawiali, że tres faciunt collegium – trzech stanowi zespół. W skład tego dzisiejszego wchodzą: wskrzeszenie, czyli nowe życie; osoba proroka, czyli męża Słowa oraz echo, czyli rzecz upraszczając, odbicie. Czy chodzi zatem o afirmację słowem życia jako takiego? Pochwałę najdoskonalszego z dzieł Stwórcy? Z pewnością tak. Ale nie tylko o to. Chodzi też o to, aby wyłowić ukryty między wersami kerygmat, czyli dobrą nowinę o zbawieniu, które mocą Ducha Świętego urzeczywistnia się w Kościele i które Bóg z miłości proponuje każdemu, kto uzna siebie za grzesznika, zaś Jezusa za Pana i Zbawiciela.

Cóż to oznacza w praktyce? Ano to, że warto niczym obie biblijne wdowy Słowo zaprosić do siebie. Wczytać się w Nie lub wsłuchać. W konsekwencji zaś pozwolić Mu, działać. Dać szansę, by odbiło się jak najszerszym echem, poruszając tym samym do działania najczulsze struny naszego jestestwa – do życia nowego po prostu.

ks. Michał Palowski

ilustracja autorstwa Michała Elwiro Andriollieo z pl.wikisource.org

2016-05-08 – Łk 24, 46-53 – O drabinie

Nasza bowiem ojczyzna jest w niebie. Stamtąd też jako Zbawcy wyczekujemy Pana naszego Jezusa Chrystusa, który przekształci nasze ciało poniżone, na podobne do swego chwalebnego ciała, tą potęgą, jaką może On także wszystko, co jest, sobie podporządkować ( Flp 3,20-21).

Pawłowi pisać było łatwo. Nam powiedzieć również. Z wykonaniem gorzej. Wszak podróżowanie windą do nieba zarezerwowane jest dla tych, którym niosą suknię z welonem, na których Cyganie czekają z muzyką i którym koń do tańca zamiata ogonem, Mendelsonem zaś stukają kopyta. Reszcie zjadaczy chleba pozostają o wiele bardziej przyziemne sposoby wznoszenia się ku wyżynom. Schody lub drabina. Jako że temat schodów wyłożyli już dosyć skrupulatnie w latach siedemdziesiątych panowie z Led Zeppelin, nam pozostaje więc przyjrzeć się drabinie, zastrzegając przy tym, iż nie jest to żona draba.

Już najstarsze ludy cywilizowane używały drabiny, i to nie tylko w życiu codziennym, ale według świadectw egipskich, asyryjskich i rzymskich także podczas wojny przy zdobywaniu murów obronnych. Na pogańskich kamieniach nagrobnych drabiny były obrazem pomnażania i pomniejszania się ludzkiego szczęścia. Egipcjanie wierzyli, że bogowie Ra i Horus przygotowywali dla zmarłych drabinę, aby mogli po niej wspiąć się do nieba. Również w misteriach Mitry była znana symboliczna drabina wiodąca do nieba. Najbardziej znaną biblijną drabiną jest ta, którą ujrzał we śnie patriarcha Jakub uciekający przed swym bratem Ezawem, o czym mowa w Księdze Rodzaju. Nowotestamentalną drabinę postawił sam Jezus powołując Natanaela, kiedy zapowiedział mu, że zobaczy aniołów wstępujących i zstępujących na Syna Człowieczego. Uczniowie nie chcąc być gorszymi od Mistrza również posiłkowali się drabiną. Na obrazach i rzeźbach dzierżą ją święci: Batylda, Emmeram, Jan Klimak, Olaf, Romuald. W konsekwencji powyższego w ikonografii drabina była symbolem Opatrzności Boga, który bezust

© 2017 - Fundacja Polskich Kawalerów Maltańskich
Projekt i wykonanie: Agencja Reklamowa NEXTDAY